contentTop

“Czasami by być pierwszym, trzeba przełknąć dumę i ustawić się na końcu kolejki” Gordum

contentBottom

Potrzeba matką wynalazku

Jan Dyrda

    Był piękny słoneczny dzionek…
    - Tfu – splunął z obrzydzeniem Glorp wychodząc przed porośniętą chwastami ziemiankę. - Co za ohydny dzień…
Mała, pokraczna figurka, oceniwszy sytuację, schowała się do swego domostwa domykając szczelnie zbutwiałe drzwi.
    - Skubane słońce; - mruknął Glorp nalewając sobie szklaneczkę zdrowo brunatnego szlamu.
    Parchowatą, zielonawą dłonią sięgnął do kamiennej misy, skąd wygarnął całą garść glonów. Pojedyncze pijawki i rosówki rozpaczliwie próbowały wrócić do naczynia i wijąc się przeciskały przez krzywe palce.
    -Trzeba będzie coś z tym zrobić; - sapnął, wpychając glony do ust.
    Jednym haustem wydudlał szlam.

    Po prawdzie to bagnisko Glorpa jeszcze nigdy nie wyglądało tak źle. Słoneczne promyczki przebiwszy się przez gęstwinę koron drzew pokrytych porostami i oplątwami padały prosto na ziemiankę. Pod ich wpływem, tu i ówdzie, niektóre chwasty zakwitły, wabiąc swym zapachem motyle. Samo bagno w tym świetle również wyglądało weselej i nawet czaszki, przybite gwoźdźmi do pni na postrach, zdawały się uśmiechać…
    Glorp na co dzień był spokojnie złośliwą istotą. Ludzie po wsiach mawiali: „Łolaboga! Złe z bagna!”, „Na bagnie utopce grasują!” albo zwyczajnie „Obrzydlistwo znów widziałem!”.Glorp jednak nie był utopcem. Nie był Złym, ani Złem, bo demonów i diabłów sam się bał i trząsł przed nimi brudnymi portkami. Utopce z kolei tępił sztachetą z hufnalem, bo mu w szkodę właziły i akweniki ze szlamem rozchlapywały, a siedząc na dnie nie dawały glonom się spokojnie rozwijać i wyjadały mu co tłustsze pijawki i rosówki. Obrzydliwy był dla ludzi, którzy jemu wydawali jeszcze bardziej brzydcy. Gołe to, różowe, dziwnie pachnące, głośne i piszczące. Kim był Glorp? Glorp był po prostu Glorpem.
    Był grubszy niż chudziny-utopce. Lewą nogę miał krótszą od prawej, ale obie zakończone podgiętymi paluchami połączonymi błoną – w sam raz do biegania po bagnie. Cerę miał zielono-ziemistą pokrytą wypustkami i parchami, by ułatwić maskowanie na tle bąbli gazów wypływających na trzęsawisku. Kończyny krótkie i, pomimo swej krzywości, niezwykle chwytne. Twarz Glorpa nie była urodziwa, aczkolwiek nieliczne pieńki osadzone w ciemnych dziąsłach nadawały jej uśmiechnięty wygląd – lecz zasługą było to bardziej krzywizn żuchwy niż mimiki. Największą dumą Glorpa były jednak nie włosy, które czarnymi, pozlepianymi kosmykami powiewały podczas biegu lecz długie i mięsiste uszy. Rosnące w tył i wystające na dobrą stopę. Czasami, gdy poświęcał czemuś szczególną uwagę, odgarniał je za głowę. Najbardziej jednak uwielbiał siedzenie po zmroku ze szklaneczką szlamu w fotelu z badyli dostosowanym do jego krzywości. Mógł wtedy spokojnie słuchać rechotu żab machając uszami…

    Wypiwszy, co miał do wypicia, Glorp palcem wygarnął resztkę szlamu z czarki. Zmotywowało go to do tego stopnia, że postanowił wyjść na słońce i dzielnie stawić opór radosnemu dniu i wszystkiemu, co ten przyniesie. Ujął w dłoń packę na motyle, za pasek włożył sztachetę z hufnalem i schowawszy do kieszeni trochę pełzającego robactwa – wychynął.
    Światło oślepiło go. Zamknął oczy i wykrzywił się, a uszy jego przeniknął świdrujący dźwięk… ptasi trel. Tego było już za wiele dla Glorpa. Zdesperowany biedaczyna cofnął się po procę i kaptur.
Druga próba kontaktu ze światem zewnętrznym powiodła się. Otulone kapturem uszyska mniej boleśnie odbierały dźwięki, a cień w którym znajdowały się jego oczy pozwalały mu na komfortowe łowy.
    Mały różowy motylek zatrzepotał skrzydełkami. Trochę wzleciał ku słońcu, to sfrunął bliżej ziemi. Raz w lewo, dwa w prawo. Góra i dół. Trwał tak w tańcu dopóki nie poleciał w kierunku kwiatu. Zapach pręcików pełnych pyłku otumanił go i zachwycił. Przycupnął i raczył się nektarem, gdy…
    PAC
    Mały motylek próbował jeszcze poruszyć różowym skrzydełkiem.
    PAC. PAC. PACPACPACPAC.
    Glorp wytarł packę na motyle w spodnie. Wdeptawszy kwiat w bagno ruszył dalej szukając kolejnych przedstawicieli fauny I flory niepasujących do jego koncepcji bagna.

            Do lasu przyszła wiosna,
            Ja biegnę do babuni!
            W koszyku mam radosna
            Ciasteczka od mamuni!


    Mała, uśmiechnięta dziewczynka śpiewała skacząc beztrosko z koszyczkiem. Raz po raz przystawała by zerwać kwiatuszek lub dwa, które drobnymi, miękkimi paluszkami składała w bukiecik.

    Copyright © 2011 Jan Dyrda. All Rights Reserved.


    Jeśli spodobał Ci się zaczątek historii o Glorpie i chcesz dowiedzieć się, jak biedaczynie powiedzie się zaprowadzanie porządku na bagnisku... wiesz, gdzie klikać.



[Główna] [Kontakt] [Twórczość] [Komiksy] [Pirografia] [Tłumaczenia] [Opowiadania]